Biała Masajka

Fascynująca. Szokująca. Pozostawiająca wiele pytań. Pisana przez Corinne Hofmann, Szwajcarkę, relacja jej trwającego cztery lata pobytu w Kenii.

Corinne wyjechała na wakacje do Mombasy i wraz ze swoim przyjacielem delektowała się słońcem i niecodziennymi widokami (jak dla Europejczyka oczywiście:)). Pewnego dnia na promie zauważyła Masaja, przybranego w lokalną biżuterię, w tradycyjnym stroju, i…nie mogła wyjść z podziwu nad jego pięknem. To nie była chwilowa fascynacja – to było uczucie o wiele silniejsze, skoro Corinne, po kilku rozmowach przeprowadzonych z nim później (o ile wymianę kilkoma angielskimi słówkami można nazwać prawdziwą rozmową), postanowiła zostać w Kenii, zostać przy jego boku.

Poświeciła pracę w Szwajcarii i przeprowadziła się do Barsaloi – wioski, w której miała mieszkać w chacie ulepionej z krowich odchodów (!). Wydawało się, że nie stanowi to niej żadnego problemu dostosowanie się do tamtejszych zwyczajów i panujących warunków – pranie robiła w rzece, Lketinga (jej ukochany) i jego rodzina nie korzystali też przecież z takich udogodnień jak papier toaletowy czy sztućce. Większym problemem naturalnie okazało się dostosowanie do kultury, a różnice na tym poziomie okazały się niestety nie do pokonania.

Jestem pełna podziwu dla odwagi, jaką miała w sobie Corinne decydując się na życie w tak odmiennym świecie od tego,  w którym żyła. Ale też pełna niezrozumienia, jak mogła być tak bardzo hmm…nierozważna. Nie znała Lketingi praktycznie w ogóle, nie wiedziała, jak może zachować się, kiedy będzie zdenerwowany. A to przeszło jej najśmielsze oczekiwania. Nie miała bowiem mentalności afrykańskich kobiet; nie potrafiła zrozumieć idei rytuału obrzezania, chciała na swój sposób być wyzwolona, ale przy tym pozostać dobrą żoną i matką. Urodziła dziecko, prowadziła sklep. Lketinga jednak zabraniał jej rozmów z jakimkolwiek mężczyzną z wioski. Podczas jednej z kłótni, widząc leżącą na ziemi martwą, niewykształconą do końca małą kózkę, krzyknął do żony, że go zdradziła, że to jej dziecko i że ono jej „wypadło”. Irracjonalne podejście do ich relacji małżeńskich spowodowało, że Corinne musiała zdecydować, czy na pewno chce dłużej z nim pozostać, bać się o siebie i dziecko, ponieważ mąż był nieprzewidywalny? Tak przynajmniej wyglądało to w jej oczach, w oczach Masajów bowiem w jego zachowaniu nie było nic dziwnego. Lketinga kochał swoją żonę i córkę i nie chciał, żeby go opuszczały.

Książka jest niesamowicie wciągająca, moim zdaniem głównie dlatego, że jest to autentyczna historia, i to z rodzaju takich, które nie zdarzają się często. Do tego otoczenie afrykańskich wiosek, upałów, opadów, zwierząt…to wszystko opisane w taki sposób, że można oczami wyobraźni przenieść się do jednego z Krajów Trzeciego Świata. Fragmenty, gdzie Corinne załatwia sprawy z dokumentami związane z jej pobytem w Kenii na stałe, bywały nudne, a niestety kobieta miała z nimi urwanie głowy.

Film na podstawie „Białej Masajki” o tym samym tytule dobrze odzwierciedla fabułę i przekazuje emocje bohaterów.

Ślub

Nie jest tajemnicą, że widząc nazwisko Sparks pierwszą Naszą myślą jest, iż najprawdopodobniej będzie to książka o miłości. Pytanie tylko: o szczęśliwej i spełnionej czy też o bezgranicznej lecz ze złym zakończeniem? To zdecydowany plus twórczości Sparksa – niepewne zakończenie. Kolejną zaletą jest, iż istotnie autor ten w ujmujący, dla wielu, sposób potrafi o miłości pisać. Porównania i epitety jakich używa są czasem na tyle nadzwyczajne i oryginalne, że przypominają wiersze znanych poetów sprzed lat. Czytając Jego książki można odnieść wrażenie, że miłość ma dla Niego bardzo dużą wartość, którą ceni i pragnie pielęgnować. Swoich bohaterom też daje na to szansę. Zakochują się, przechodzą trudne chwile czy próby czasu. Jest jednak coś, co mnie zirytowało kiedy czytałam Ślub. Jest tutaj małżeństwo, które po 20-kilku latach zaczyna się od siebie oddalać. W rzeczywistości – rzadko by się zdarzyło, żeby można tą miłość „obudzić” po latach. U Sparksa jednak taki zwrot akcji jest przewidziany. Mąż „doznaje olśnienia” i próbuje na nowo odzyskać uczucie kobiety, z którą żyje, uświadamia sobie, że musi okazać jej bardziej fakt, że przez cały czas nie przestał jej kochać. Niespodziewanie okazuje się, że córka chce wyjść za mąż w dniu, w którym przypada rocznica rodziców. Zaczynają się przygotowania. Nasz główny bohater postanawia przygotować żonie niespodziankę, (tutaj znowu plus, nie domyśliłam się, jaką!), ale jakże przekombinowaną i „przesłodzoną”! Czytając, lekko robiło mi się niedobrze, nie widziałam końca tej niespodzianki, i szczerze mówiąc, gdybym miała przez coś takiego przechodzić, to chyba bym się lekko zdenerwowała;) Oczywiście, są kobiety, którym na pewno przypadłoby to do gustu i oczywiście należy też mieć na uwadze fakt, iż facet, bądź co bądź, chciał dobrze 😉 Ogólnie książkę czytało się szybko i przyjemnie, a Wy co powiecie na jej temat? I na temat niespodzianki oczywiście?

My, dzieci z dworca ZOO

Najlepsza biografia, jaką dotychczas przeczytałam i jestem w 100% pewna, że kiedyś do niej wrócę (czeka na mnie na półce:) ). Nie będę Was zanudzać faktami, w którym roku została wydana, kto jest autorem tekstu, czy ile egzemplarzy zostało wydanych. Większość z Was na pewno też potrafi tą książkę skojarzyć z wydarzeniami lat 70. i słynącym z handlu narkotykami, dworcem ZOO w Berlinie Zachodnim.

Swoje doświadczenia z narkotykami opowiada Christane Vera Felscherinow. Czytając, ma się wrażenie, że siedzi obok nas, wtajemniczając w każdy szczegół i nie wstydząc się tego, do czego się posunęła. Używa wulgaryzmów, przez co czytelnik może jeszcze bardziej odczuwać autentyczność wydarzeń. Czyta się „jednym tchem”, ponieważ bohaterka jest nieprzewidywalna, nie wiadomo do czego za chwilę posunie się, byle tylko dostać swój upragniony narkotyk. Christiane opowiada o swoim dzieciństwie, o tym jak mało możliwości do spędzania wolnego czasu dawała jej okolica, a także o tym, jak się zakochała. W bardzo młodym wieku i szybkim czasie uzależniła się od heroiny i „na głodzie” była w stanie zrobić wszystko, byle tylko dostać wymarzoną „działkę”. Sprzedawała się, uczestniczyła w orgiach, kradła. Tolerowała fakt, że jej ukochany robi to samo, bo przecież robił to „dla nich”. Próbowała tak zwanym „złotem strzałem” popełnić samobójstwo, ale jej się nie udało.

Większość ludzi potępia narkomanów i gdyby to od nich zależało, nie daliby im tej „drugiej szansy”, nie wyciągnęłoby ręki i pozwoliło stoczyć się na dno. Mam jednak wrażenie, że wielu czytając My, dzieci z dworca ZOO, kibicuje Christiane. We mnie książka wywołała mnóstwo emocji: wkurzałam się, kiedy tak wiele razy brakowało jej silnej woli, żeby przetrwać na odwyku, trzęsłam się z obrzydzenia, kiedy czytałam, jak drapała się po całym ciele w miejscach publicznych, bo była „na głodzie”, próbowałam sobie wyobrazić jak wtedy wyglądała, nawet, gdy odkładałam książkę miałam przed oczami ten widok, kiedy nie udaje jej się wstrzyknąć sobie heroiny w domowej łazience, a krew rozbryzguje się wokół, trzymałam kciuki, kiedy mama Christiane zaangażowała się i liczyłam, że pomoże jej się wyleczyć. Był też moment, kiedy pomyślałam sobie: „Jest jeszcze dla niej iskierka nadziei, nie zatraciła się tak bardzo, bo liczy się dla niej mężczyzna, którego pokochała i będzie dla niego walczyć”. Było to wtedy, kiedy Christiane powiedziała Detlefowi, że pierwszy raz chce się z nim kochać nie będąc pod wpływem żadnych narkotyków.

Christiane stała się ofiarą własnej ciekawości i naiwności, ale czy tylko ona ponosi winę? W końcu miała tylko 13 lat, kiedy pierwszy raz sięgnęła po heroinę. Matka, która w swoim dzieciństwie była traktowana bardzo rygorystycznie, postanowiła dać córce trochę więcej luzu, jednak czy nie dała go aby za dużo? Pozwała jej na dyskoteki, palenie, picie, spotykanie się ze znajomymi, o których nic nie wiedziała. Czy gdyby Christiane mieszkała w innym mieście niż Berlin, gdzie narkotyki rozprzestrzeniały się w zawrotnym tempie, to też zostałaby narkomanką?