I wciąż ją kocham

20130708_145113 20130708_145049 20130708_145217

Na szczęście, w przeciwieństwie do pomyłki, jaką popełniłam w przypadku „Pamiętnika”, tutaj najpierw przeczytałam książkę, później obejrzałam film. (O ile dobrze pamiętam dowiedziałam się o niej, kiedy film miał mieć swoją, więc czytanie było „na szybko”, żeby się wyrobić :d).

Historia na pewno nie tak piękna i nie tak wzruszająca, jak w „Pamiętniku”, niemniej – godna polecenia. (Dużo lepsza niż, np. „Ślub” Sparksa).

Kiedy Savannah i John poznają się, nie trudno się domyślić, że zakochają się w sobie. On – żołnierz na przepustce, ona – studentka pedagogiki, która w wakacje, w ramach wolontariatu buduje ze znajomymi domy dla ubogich. Oboje są sobą zafascynowani. Po krótkim czasie okazuje się, że nie jest to wyłącznie wakacyjna miłość. Kiedy czas na przepustkę kończy się, a John musi wyjeżdżać, Savannah obiecuje, że będzie na niego czekać…

Może nie powinnam zdradzać tego szczegółu, ale jest to dość istotny fakt przy wyrażeniu swojej opinii. Savannah słowa nie dotrzymała. Jej decyzja miała wpływ na narastającą we mnie złość podczas czytania. Jej decyzja była dla mnie kompletnie niezrozumiała. Czy może jednak w jej zachowaniu nie było nic nadzwyczajnego, a ja jej nie rozumiem, ponieważ nigdy nie byłam w takiej sytuacji? Nie, nie, nie mieści mi się to w głowie. Z drugiej strony… Bądźmy szczerzy… W większości powieści to kobiety cierpią z powodu złamanego serca. A u Sparksa, proszę… To kobieta łamie serce mężczyźnie. Takiemu mężczyźnie. Współczucie dla Johna to najsilniejsze uczucie towarzyszącemu czytaniu „I wciąż ją kocham”. Te wszystkie spotkania Savannah i Johna, spacery, randki… wywoływały pozytywne emocje. Do tego relacja Johna z ojcem, którego zachowanie budzi zachowanie Savannah. (Finał wątku Johna i jego taty doprowadził mnie do łez).

Nie do końca podoba mi się fakt zmiany tytuły przy polskim tłumaczeniu. W wersji oryginalnej jest to „Dear John” (Tak zawsze Savannah rozpoczynała listy pisane do Johna). Jednakże, „I wciąż ją kocham” wskazuje, że opowieść snuje mężczyzna, i jest to jak najbardziej na miejscu, ponieważ to John jest narratorem.

Na pewno jest to książka, obok której nie można przejść obojętnie! Jestem na tak 🙂

:)

P1030330

Jakże prosta, ale prawdziwa sentencja, przypominająca o docenianiu najważniejszych wartości w życiu.

To właśnie jedno zdanie spowodowało, że na mojej liście książek do przeczytania pojawiła się pozycja „Pięć osób, które spotkamy w niebie” Mitcha Alboma.

Po przeczytaniu na pewno podzielę się swoją opinią, choć już teraz jestem pewna, że to książka nie tylko dla tych, którzy poszukują sensu życia, ale również dla tych, którzy już go znaleźli, a boją się, że go stracą… (któż z nas nie zmaga się z takimi rozterkami…?) ;)).