Ojciec Chrzestny

Ojciec Chrzestny

Książka, o której każdy słyszał – tak zwany klasyk, legenda. Sięgnęłam po nią, żeby się przekonać, czy na prawdę zasługuje na miano rewelacyjnej. O ile dobrze pamiętam, to nigdy wcześniej nie przeczytałam żadnej książki o gangsterskiej tematyce. Wiedziałam mniej więcej, czego się spodziewać i podchodziłam do niej bez większego entuzjazmu. Nie zaskoczę Was na pewno, kiedy napiszę, że to Ona mnie zaskoczyła 😉 I nie chodzi już o sam fakt, że mnie „wciągnęła” i towarzyszyło mi przy jej czytaniu to przyjemne uczucie, kiedy chce się czytać całymi dniami, nie odrywając wzroku, a nawet kiedy kładzie się spać – to i tak w myślach są główni bohaterowie. Zadziwiła mnie moja reakcja, „objęcie” przeze mnie takiego, a nie innego stanowiska w konflikcie Michael – Kay. A mianowicie czytając, wkurzałam się na Kay, uważałam, że nie rozumie i nie wspiera swojego męża. To on był dla mnie bez wad, a Kay była „tą złą”. Jak to możliwe, że podczas czytania denerwowała mnie żona, która chciała, żeby mąż mówił jej prawdę, martwiła się o jego życie i pragnęła być z nim, bez strachu, że za plecami będzie czaił się morderca? Czy to takie dziwne, że Kay, kochając Michaela i nie potrafiąc go opuścić, chciała, by nie miał nic wspólnego z mafią? Nie. Składam więc ukłon w stronę Pana Puzo za to, że w tak niekontrolowany dla mnie sposób sterował moim nastawieniem. 😉

Reklamy